top of page
  • Artur

ZAKONNIK - POWRÓT


ZAKONNIK

opowiadanie z czasów dawnych


"My ludzie umieramy na samą myśl o miłościach, które przepadły na zawsze, o chwilach, które mogłyby być piękne a nie były, o skarbach, które mogłyby być odkryte, ale pozostały na zawsze niewidoczne pod piaskami. Obawiamy się sięgać po swoje największe marzenia, ponieważ wydaje nam się, że nie jesteśmy ich godni, lub że nigdy nam się to nie uda." Paulo Coelho

I

„Niech przepadnie dzień mego urodzenia i noc, gdy powiedziano:

"Poczęty mężczyzna"

Księga Hioba

Samotny jeździec przemykał szerokim gościńcem od kilku godzin popędzając zziajanego karego konia. Spieszył się coraz bardziej i nie chciał poświęcać nawet małej klepsydry na popas czy zbędny odpoczynek zanim nie dotrze do miasta, które było celem ich wspólnej, długiej, niebezpiecznej i żmudnej wędrówki.

Kłopoty w jednej z cysterskich osad wystarczająco mocno opóźnią jego przybycie.

Na szczęście trakt był wygodny, szeroki, utwardzony przez naturę, choć mógł sprawiać wrażenie kamiennego dywanu misternie ułożonego ręką genialnego rzemieślnika z wytartych przez wieki piaskowców i wapieni.

Dzięki takiemu szlakowi od kilku mil jechało się całkiem znośnie, a miarowy stukot końskich kopyt wprawił wędrowca w dziwny trans.

Zatopiony w myślach wspominał swoją poprzednią wyprawę.

Minął niemal rok od czasu, kiedy z Mistrzem i jego świtą podążał tą właśnie drogą na koronację Władysława Łokietka, historyczną, bo pierwszą jaka odbyła się w pięknej prawie trzystuletniej katedrze na wzgórzu wawelskim w Krakowie. Królowie i książęta już dawno porzucili Gniezno i zawitali do grodu nad Wisłą, jednak do koronacji polskiego monarchy dochodziło w tym miejscu dopiero teraz. Wszystko z powodu rozlicznych politycznych zawirowań oraz dzielnicowego rozbicia państwa Piastów.

Wspominał, że przebijali się wtedy przez styczniowe śniegi, nieraz od świtu do szybko zapadającego zmierzchu pokonując zaledwie kilka mil. Cóż, poświęcenie bez wątpienia warte było przeżycia cudownej uroczystości jakiej był świadkiem, a niezapomnianej chwili koronacji oglądanej niemal na wyciągnięcie ręki, wśród najznamienitszych person Europy nie zapomni z pewnością do końca swojej wędrówki po tym ziemskim padole. - Wszystko dzięki mojemu Mistrzowi, pomyślał mrucząc pod nosem, i spinając ostrogami spocone zwierzę by pobudzić je do galopu. Wiedział, że jeśli spóźni się jeszcze choćby o dzień, czeka go bura i niełaska ze strony Pana, którego traktował jak ojca.

Był dumny gdy mógł wypełniać jego rozkazy jako najbardziej zaufany sekretarz, tak jak teraz wioząc z Konwentu św. Agnieszki w Pradze istotne, ściśle tajne dokumenty. W powietrzu czuć było wiosnę, jak zwykle o tej porze roku znienacka zaczęło padać.

Najpierw drobniutki kapuśniaczek przecierał sino granatowe niebo muskając delikatnie młode listki które przed chwilą pojawiły się na potężnych, kilkusetletnich drzewach rosnących wzdłuż traktu, karmiąc je życiodajną wodą, pobudzając do zmartwychwstania przy kolejnej wiośnie i kolorując cudowną zielenią.

Niestety, po chwili niczym ściana gigantycznego wodospadu runął na nich potok ulewy. Jeździec zwolnił nieco konia, lecz nie miał zamiaru się zatrzymywać, kochał to zwierzę i bał się o jego zdrowie. Był wprawnym jeźdźcem i wiedział dobrze czym może grozić każdy nieopatrzny krok na śliskich, zdradliwych kamieniach, ale nie mógł pozwolić sobie na nic więcej, niż powolne poruszanie się w przód.

Jechali stępa.

Nasunął na głowę kaptur swej czarnej jak noc dominikańskiej kapy, skupił się na obserwacji drogi i roztropnym popędzaniu konia. Musiał zdążyć przed zmierzchem, a nie zostało już wiele czasu.

Podróż znów stała się monotonna i niemal pogrążony w półśnie, zatopił się na powrót we własnych myślach wracając do wspomnień.


Mijał drugi rok od kiedy jego mentor i Mistrz otrzymał z rąk papieża Jana XXII zaszczytną funkcję Inkwizytora Papieskiego we Wrocławiu, przyszło im wówczas pożegnać gościnne progi raciborskiego klasztoru w którym spędził beztroskie dzieciństwo oraz wczesną młodość i zamieszkać w mieście wielu kolorów, kultur, wyznań, ale również zepsucia jakie dotykało wszystkie największe handlowe ośrodki bursztynowego szlaku od rzymskiej Akwilei do krzyżackiego Gdańska. Tutaj mieli do spełnienia swoją misję, tutaj czaiła się i czekała na niego jego własna historia …

Jego Pan, Peregryn z Opola, spowiednik księcia Władysława i uznany kaznodzieja, którego kazania "De tempore" i "De sanctis" znała niemal cała Europa czekał na niego w mieście już od kilku dni. Chcąc nie chcąc, on ubogi mnich był teraz sekretarzem inkwizycji choć zupełnie o tym nie marzył. Widać Bóg tak chciał, więc pozostało mu się tylko z tym faktem pogodzić. Był młodym, niedoświadczonym zakonnikiem, ślepo wpatrzonym w swojego Mistrza i duchowego przewodnika.

Słońce wyjrzało zza chmur i poczęło chylić się ku zachodowi, gdy przemoknięty jeździec wynurzył się z leśnego traktu i dojrzał pierwsze kościelne wieże oraz miejskie mury stanowiące cel jego misji. Mury ciągle nie były ukończone, mimo, iż od spalenia miasta podczas ataku Mongołów minęło już blisko osiemdziesiąt wiosen. Zauważył krzyczących murarskich majstrów, umazanych i zmęczonych robotników, tragarzy którzy kończyli pracę

i rozchodzili się do domów. Krzątających się ciągle mimo późnej pory kupców, mieszczan oraz grupy przybyszów z bliższych i dalszych krajów, których zdradzała z tej odległości różnorodność szat, gestykulacji, temperamentu i koloru skóry. Wszyscy oni przed zmrokiem

i zamknięciem miejskich bram koniecznie chcieli schronić się w bezpiecznej enklawie.

Na szczycie jednej z wież powiewała dumnie biało czerwona chorągiew z miejskim herbem.

Z dwóch pól targanej przez wiatr ogromnej połaci tkaniny pochodzącej z najlepszych warsztatów Wrocławia spoglądała na przybyszów misternie wyhaftowana głowa martwego Jana Chrzciciela ułożona na misie zgodnie z biblijnym przekazem opisującym śmierć męczennika zadaną z rozkazu Heroda Antypasa i kaprysu Heroliady.

Z pozostałych dwóch pól, na miasto i okolicę dumnie spoglądały czeskie lwy w majestatycznej koronie.

- Bogu niech będą dzięki - mruknął pod nosem i szczęśliwy wjechał do miasta od strony osady walońskiej.

Zamieszkiwali ją znakomici obywatele trudniący się rzemiosłem, szczególnie zaś cenionym

w całej Europie tkactwem, sprowadzeni w to miejsce jeszcze za czasów Henryka Brodatego ponad sto lat temu. Walonowie przybywszy z dalekiej Francji z tkackiego zagłębia Arras oraz Flandrii, mieli początkowo zająć się poszukiwaniem złota oraz drogich kamieni, ale dzięki nim, w mieście rozkwitły też handel i rzemiosło. Za sprawą ich warsztatów i manufaktur oraz światowej sławy rzemieślników miasto stało się jeszcze ważniejszym ogniwem na europejskim szlaku handlowym.

Deszcz przestał padać. W podzięce za szczęśliwą podróż i ocalenie od złych przygód jeździec postanowił wstąpić do najbliższej świątyni by oddać cześć i dziękczynienie swojemu umiłowanemu Panu i Zbawcy. Kościół św. Maurycego stał ciemny i pusty, a przez niewielkie witraże wpadały ostatnie promienie wiosennego słońca. Upadł krzyżem przed ołtarzem, zatapiając się w dziękczynnej modlitwie.

Miał dwadzieścia pięć lat, swoje życie całkowicie poświęcił Bogu i Kościołowi, nie przypuszczał jednak, że przybycie do tego miasta całkowicie odmieni jego losy.



II

„Kto bliźnim gardzi - ten grzeszy, szczęśliwy - kto biednym współczuje.”

Księga Przysłów



- Mikołaju, bracie najmilszy, jakże raduje się moje serce widząc cię w dobrym zdrowiu. Mistrz Peregryn był w wyjątkowo dobrym nastroju, objął młodego zakonnika i wyściskał serdecznie przytulając do piersi niczym rodzonego syna.


Stary dominikanin był wysokim barczystym mężczyzną, jego tonsurę otaczał wieniec kruczo czarnych włosów delikatnie przyprószonych siwizną która dodawała mu dostojeństwa

i powagi. Lekko haczykowaty nos i głębokie, przeszywające na wskroś spojrzenie powodowały, iż niemal każdy interlokutor musiał poczuć się w zetknięciu z duchownym nieco

onieśmielony. Uśmiech rozświetlał jego oblicze niezwykle rzadko, choć Mikołaj z dzieciństwa pamiętał wiele takich momentów. Cóż, widać powaga piastowanej funkcji i ogrom zła z jakim mierzył się niemal codziennie nie pozwalały mu na chwile niczym nieskrępowanej radości.

Był niezwykle bystrym obserwatorem i doskonałym aktorem, jego twarz zdradzała tylko tyle, ile sam w danym momencie chciał odkryć, władał kilkoma językami, kształcił się

w najlepszych uniwersytetach i niemal całe życie poświęcił na walkę ze złem.

Sylwetka wojownika zachowana mimo ponad sześćdziesięciu wiosen doskonale komponowała się z czarną skromną sutanną Wielkiego Inkwizytora.


Mikołaj ucałował dłoń Przeora i wielki kosztowny papieski pierścień inkwizycji po czym obmył ręce w ogromnej pozłacanej miednicy by zasiąść do wieczerzy.

Po dziękczynnej modlitwie przełamali się chlebem, a młody zakonnik rozpoczął swoją relację z podróży i misji jaką miał do wykonania.

Gdy się posilili znów odmówili pacierz. Wielki Inkwizytor pochwalił swojego podwładnego nakreślając mu temat kolejnej rozprawy przed Świętym Oficjum, rozprawy, która wydawszy się Mikołajowi całkiem prozaiczna i podobna do wielu innych, miała położyć się cieniem na jego życiu...

- Rad jestem synu, żeś tak sprytnie uwinął się z zadaniem jakie ci powierzyłem, apokryfy jakieś przywiózł z Pragi pomogą nam zbadać smutną i bolesną sprawę herezji dwójki pacholąt znamienitego rodu. Ci nieszczęśnicy uwikłali się w sprawy "wolnego ducha", a jak wiesz, w tej materii poruszmy się po nader delikatnych kwestiach dotyczących nie tylko wiary, ale też Matki naszej Kościoła. - Ojcze, mam wiarę, że Wasz niezrównany intelekt i natchnienie Ducha św. jak zwykle pozwolą wam wydać obiektywny i sprawiedliwy osąd, oraz ukarać winnych herezji.

Mikołaj zwracał się teraz do swojego dobrodzieja nieco bardziej oficjalnie, już jako notariusz w sprawie przed Inkwizycją. Rozpoczęli, jak mu się wydawało, nieoficjalne zabiegi procesowe i nic nie mogło ich już powstrzymać. Działali w imieniu Boga i Kościoła. - Obyś się nie mylił, obyś się nie mylił mój drogi - mentor na powrót wrócił do mniej zobowiązującego tonu by dać jeszcze swojemu protegowanemu trochę czasu na spoczynek po nużącej podróży - a póki co, przejrzyj wszystkie materiały dotyczące sprawy i przygotuj się do pierwszego procesu. Jutro zapraszam cię na wieczerzę, po niej omówimy strategię prowadzenia sprawy przed Trybunałem Inkwizycji. A teraz udaj się na spoczynek i niech Najświętsza Maryja Dziewica utuli cię do spokojnego snu mój synu. Wszyscy potrzebujemy odpoczynku i siły bo książę ciemności czai się za każdym rogiem. Musimy mieć otwarte umysły i czyste serca – podsumował przeor jakby rozmawiał już sam ze sobą. Młodemu zakonnikowi niezwykle pochlebiał fakt, że Wielki Inkwizytor wtajemniczał go w arkana sprawy jeszcze przed rozpoczęciem oficjalnego procesu, zapytał zatem nieśmiało by nie nadwyrężyć okazanej łaski: - Jeśli wolno Wasza Miłość.., czy oskarżeni zostali już wstępnie przesłuchani przez Święte Oficjum? - Oj młodzi… niecierpliwi - tu nastąpiła wymowna, jakby wyreżyserowana pauza - Nie mój synu, jeszcze ich nie przesłuchano, podjąłem decyzję o ograniczeniu strawy i wody by oczyścić ich umysły i złamać nieco opór pochodzący od złych mocy. Może to, oraz pomoc Ducha św. wystarczą by uznali swe winy i wrócili na łono Kościoła.

Mikołaj wiedział doskonale, że jego mentor jest człowiekiem niezwykle, można by rzec, cierpliwym w tej materii i potrafi "zmiękczyć" najbardziej zatwardziałego grzesznika. Wiedział też, że rozmowa została właśnie zakończona. Ufał swojemu mistrzowi bezwzględnie i nie zadawał więcej pytań. Zabrał dokumenty dotyczące procesu, ucałował dłoń dobrodzieja

i udał się do swej klasztornej celi by po wieczornej modlitwie zapoznać się z materią sprawy.

Czytał dokumenty od kilku godzin, zeznania świadków, wywód prokuratora który na tę rozprawę miał przybyć specjalnie z Rzymu, oraz pierwsze wnioski obrony. Nie było żadnych zeznań oskarżonych, którzy w momencie zatrzymania przez żołnierzy Świętego Oficjum nie przyznali się do winy. Jednak "Tajemna Księga" zwana też "Fałszywą Ewangelią" lub też

" Księgą św. Jana" istniała naprawdę i została znaleziona w bibliotece ich domu!

Znowu odpłynął we własne wspomnienia …


Przypomniał sobie, że poznał tę księgę kilka lat temu podczas procesów albigensów

w Królestwie Francji. Wszystko to działo się w trakcie dalekiej podróży w której towarzyszył mistrzowi do Carcasonne w Langwedocji, gdzie ten brał udział w Kapitule Generalnej Dominikanów. Wtedy to, po raz pierwszy usłyszał o innowiercach zwanych katarami. Odtwarzał teraz w swojej głowie przebieg tamtej sprawy. Miał zaledwie siedemnaście wiosen

i był na początku drogi do duchownego stanu w który wprowadzał go jego mistrz.

Cofał się w wspomnieniach coraz bardziej…

Matka i ojciec zginęli na jego oczach zamordowani przez opętanego waldensa ściganego przez żołnierzy inkwizycji, gdy siedział skulony za olbrzymią skrzynią do przechowywania skór i domowych sprzętów. Mordercę ujęto i stracono jeszcze tej samej nocy, a on, trzyletni wtenczas zapłakany i przerażony chłopiec został przygarnięty przez zakonnika, który poruszał się z wojskiem by ratować odchodzące dusze zabijanych heretyków. Od tamtej okrutnej nocy Peregryn stał się jego ojcem, mistrzem i duchowym przewodnikiem, zakonnik zaś miał przeświadczenie, że jeśli pacholę straciło rodziców z ręki odstępcy od wiary, to jest nijako naznaczone przez Boga do stanu duchownego.

Tak więc domem małego Mikołaja stał się dominikański klasztor, w którym pod troskliwą opieką zakonnych braci powoli przestały go męczyć powracające w koszmarnych snach sceny z dzieciństwa, z biegiem lat coraz bardziej zamazywał się w pamięci także obraz jego matki

i ojca. Dziś już nie potrafił przypomnieć sobie ich twarzy.

W raciborskim konwencie wyrósł na młodego rycerza Chrystusa, odebrał gruntowne wykształcenie ucząc się hebrajskiego, greki, łaciny, filozofii i teologii, nie stronił też od szermierki i konnej jazdy, które ukochał niemal tak bardzo jak zgłębianie humanistycznych nauk. Mimo, że fizyczne zajęcia, a szczególnie nauka fechtunku niezbyt podobały się części zakonnej społeczności nikt nie ośmielił się powiedzieć tego głośno i sprzeciwiać pasjom protegowanego przeora. Ten zaś, niemal pękał z dumy spoglądając niejednokrotnie z ukrycia, na postępy młodzieńca. Mikołaj powoli z dziecięcia stawał się mężem o stalowych mięśniach, gibkim ciele i bystrym umyśle.

Gdyby nie jego przeznaczenie do duchownego stanu mógłby zostać jednym z najznamienitszych rycerzy na królewskim dworze. Jego długie blond włosy nieokiełznane jeszcze tonsurą spływały na ramiona, niebieskie duże oczy, prosty zgrabny nos, uszy jak u niewiasty i wydatne kości policzkowe powodowały, iż jego twarz była niemal idealna, jakby wyrzeźbiona przez greckiego artystę kilkanaście wieków temu, a pogodne usposobienie

i życzliwość wobec innych zjednywały mu przychylność nawet najbardziej zazdrosnych współbraci. Był szczęśliwy mając wszystko czego potrzebował. nie znając innego życia niż to za murami klasztoru. W końcu nastał szczęśliwy dzień, w którym złożył śluby, ogolił głowę niemal symbolicznie porzucając profanum i oddał się całkowicie Bogu swemu Ojcu i Kościołowi swojej Matce.


Teraz po latach siedział w swojej klasztornej celi, w blasku świecy studiując akta bożej sprawy. Ciągle nie mógł zasnąć. Księga, którą znaleziono w domu znamienitej rodziny tkackiej, której arrasy i jedwabie słynne były niemal w całej Europie i na bliskim wschodzie, miała zdaniem albigensów zawierać prawdziwą i niezafałszowaną wiedzę jaką Jezus Chrystus przekazał swojemu umiłowanemu uczniowi św. Janowi Apostołowi i Ewangeliście zwanemu też na wschodzie Janem - Teologiem podczas ostatniej wieczerzy.

Księga ta, od lat znajdowała się w indeksie ksiąg zakazanych, a albigensi, beginki i begardzi byli ścigani zarówno przez Inkwizycję jak i przez prawo świeckie na mocy dekretów królewskich potępiających odstępstwa od wiary już od ponad dwustu lat.

Gdy zaś na Soborze Laterańskim Czwartym Papież Innocenty III ponad sto lat temu powołał do życia zakony Franciszkanów i Dominikanów, to właśnie oni mieli stać się częścią duchownego oręża, najznamienitszego rycerstwa walczącego z odstępstwami od wiary. Mikołaj czuł dumę, dumę, która podpowiadała mu, że jest częścią tego boskiego planu.

Mimo, iż akta nie zawierały żadnych zeznań oskarżonych dominikanin dokładnie wiedział, że ich wina zostanie niechybnie i ponad wszelką wątpliwość uznana. Miał tylko nadzieję, że okażą skruchę i powrócą na łono Kościoła po odbyciu stosownej kary i włożeniu pokutnych szat. W przeciwnym razie groziła im śmierć w straszliwych męczarniach.

Tak czy inaczej, najsamprzód Wielki Inkwizytor wyciągnie z nich odpowiednie zeznania,

o czym młody zakonnik był w całej rozciągłości przekonany, bo dobrze znał metody pracy Świętego Oficjum. Po ludzku było mu żal dwudziestoletniego młodzieńca i jego rok młodszej siostry, ale taka widać była wola Pana, a grzechy tej dwójki niewątpliwie wołały o pomstę

i domagały się kary.

Dzwoniono na Jutrznię, Mikołaj tej nocy nie zmrużył oczu, z namaszczeniem uczynił znak krzyża, po czym opuścił swoją celę udając się do kościoła św. Wojciecha na poranne nabożeństwo, by wraz z braćmi śpiewać hymny, psalmy, czytać pismo i rozważać słowa Pana witając nowy dzień. Mimo trudów podróży i nieprzespanej nocy nie czuł zmęczenia, wierzył, że Duch św. jest przy nim, a Bóg doda mu sił. Ufał swojemu przeznaczeniu…




III

„Umiłujcie sprawiedliwość, sędziowie ziemscy! Myślcie o Panu właściwie i szukajcie Go w prostocie serca!”

Księga Mądrości




W specjalnie przygotowanej sali w podziemiach kościoła św. Wojciecha rozpoczęła się rozprawa przed Trybunałem Świętej Inkwizycji. Po prawej stronie długiego stołu zasiadł prokurator - wikariusz Tomaso Paolo Morani zakonnik ze znamienitego włoskiego rodu,

od lat ścigający heretyków w całej Europie. Człowiek o nieprzejednanych zasadach i nad wyraz surowym obliczu jak na swój młody przecież wiek trzydziestu pięciu wiosen.

Obok niego spoczął adwokat rodzeństwa, Albert z Olesna kaznodzieja i myśliciel broniący wielu heretyków, choć nie zawsze skutecznie - człowiek dostojny i sprawiedliwy, lecz cierpiący z powodu przymusu stawania przez trybunałem. Gdyby mógł wybierać, wolałby spokojne życie w pustelni, codzienne oddawanie się udrękom ciała, oraz doskonaleniu umysłu, lub pogrążaniu się w modlitwie za odkupienie grzeszników. W tym zaś miejscu, czuł się niczym ryba wyrzucona na brzeg i pozbawiona wody, dusił się pod naporem oskarżeń jakie spoczywały na personach których musiał bronić, łamał pod pręgierzem argumentów wytaczanych niczym najcięższe działa przez prokuratora, i niemal obrzydzały go absurdalne zeznania świadków, które obrażały jego inteligencję. Nie widział w swojej pracy absolutnie żadnego sensu, czuł się jak kiepski kuglarz mimowolnie biorący udział w z góry zaplanowanej tragifarsie.

Po lewej stronie Mikołaj - dominikanin i notariusz procesu, zaufany współpracownik Inkwizytora. Wreszcie na środku pod ogromnym drewnianym krucyfiksem spoczął on,

Wielki Inkwizytor papieski Wrocławia i Śląska Peregryn z Opola zasiadający na olbrzymim pozłacanym tronie.

Naprzeciw Wielkiego Inkwizytora w odpowiedniej odległości od wszystkich stron biorących udział w procesie postawiono dwa surowe niewygodne klęczniki przy których swoje zeznania składać mieli oskarżeni, którzy mogli niemal od razu paść na kolana, pokornie zgiąć kark

i prosić o wybaczenie.

Z tyłu, za odpowiednią liczbą żołnierzy inkwizycji pilnujących porządku podczas obrad, wiło się kłębowisko biednej szlachty, mieszczan oraz pospólstwa wszelkiego autoramentu, żądne mocnych wrażeń i napiętnowania grzeszników, na których do woli mogli spluwać, szarpać

i przeklinać ich, jakby oni sami nigdy nie popełnili w życiu choćby najmniejszego grzechu. Między tą masą żądną krwi, byli oczywiście i tacy, którzy współczuli oskarżonym, sąsiedzi, przyjaciele rodu z którego nieszczęśnicy pochodzili, ci znali ich przecież od najmłodszych lat, ale niestety, nieliczni życzliwi zwykle nie mogli nic uczynić by uwolnić ich od straszliwych oskarżeń. Ba, nie nazbyt głośno mogli się nawet do tej znajomości przyznawać, bo stąd już tylko mały krok, aby zostać posądzonymi przez tłuszczę o współudział i konszachty z siłami nieczystymi. W pewnym momencie w sali niczym w smutnym miraklu zapanowała martwa cisza.

Inkwizytor uniósł dłoń, pobłogosławił znakiem krzyża Święte Zgromadzenie przeszywając powoli wzrokiem wszystkich zgromadzonych i z najwyższym namaszczeniem rozpoczął obrady trybunału;

- W imieniu Kościoła, na mocy nadanej mi z góry przez namiestnika Chrystusa, jego Świętobliwość Ojca Świętego Jana XXII, oraz w pojednaniu z Bogiem i Duchem Świętym rozpoczynam pierwsze przesłuchanie...

W sali słychać było tylko delikatne, acz dość wyraźne skrobanie w rytm którego pióro Mikołaja tańczyło po pergaminie, na którym wprawna ręka sekretarza notowała z przejęciem przebieg procesu.

- W pierwszym dniu, po dniu pańskim 15 aprila Anno Domini tysiąc trzysta dwudziestego drugiego rozpoczynamy proces rodzeństwa Amelii i Beniamina Dubois potomków nieżyjących już Rajmunda i Marty Dubois zamieszkałych w osadzie walońskiej miasta Vratislavii, dziedziców dwóch warsztatów tkackich i składu tkanin przy szlaku handlowym.


Mikołaj notował skrupulatnie każde słowo wypowiadane przez swojego Mistrza, spoglądając co chwila na dwójkę oskarżonych. Dziewczyna zrobiła na nim jakieś dziwne wrażenie.

Stała spokojna w ubogiej i podniszczonej w więzieniu szacie, spoglądając co jakiś czas na każdego z członków trybunału. Na jej obliczu nie dało się zauważyć strachu, tylko ufność

i spokój. Była niewiastą wyjątkowej urody, długie, ciemne włosy spływały po jej ramionach

aż do pasa niczym fale spokojnej Odry, kibić miała wiotką, piersi kształtne, a ręce delikatne

i miękkie. Usta lekko rozchylone trzęsły się teraz z zimna w wilgotnej i nieprzyjemnej sali. Mikołaja ogarnęło jakieś dziwne uczucie tęsknoty i niespełnienia, a Ona wydała mu się niczym anioł.

Gdyby mógł, wziąłby ją na ręce i zaniósł w jakieś ciepłe i bezpieczne miejsce. Jej brat był wyższy od Mikołaja o głowę, jego muskularna sylwetka zdradzała przywiązanie do ciężkiej pracy, ale również umiłowanie fechtunku i konnej jazdy, co w oczach Mikołaja dodawało mu cennych przymiotów. On jednak w przeciwieństwie do siostry nie podnosił wzroku, stał jakby złamany w podartym żupanie na który narzucił niechlujnie ubłocony kontusz. Widać było na pierwszy rzut oka, że w lochach zalegało jeszcze zimowe błoto. Inkwizytor odczytywał dalej akt oskarżenia.


- My Inkwizytor papieski Wrocławia i Śląska z woli Boga i Kościoła Peregryn z Opola, oskarżamy tutaj oto obecnych Amelię i Beniamina Dubois pochodzenia już Świętemu Oficjum wiadomego o to, że oboje i każde z osobna od niewiadomego, choć zapewne długiego czasu szerzą herezję posługując się zakazaną księgą wystawiając na szwank wiarę w Pana Naszego Jezusa Chrystusa, jego Najświętszą Matkę Maryję Dziewicę, Boga Najwyższego Stwórcę nieba i ziemi oraz Matkę naszą Kościół. Mikołaj notował akt oskarżenia jaki spokojnym acz donośnym głosem odczytywał Wielki Inkwizytor robiąc przy tym wymowne pauzy dodające całemu wywodowi jeszcze większej rangi i powagi. Dominikanin wiedział, że jego mentor jest w swoim żywiole, bo wszystkie oczy zebranych w sali świadków, szlachciców, kupców, rzemieślników, mieszczan oraz plebsu skierowane były właśnie na niego. Był w centrum uwagi wszystkich z wyjątkiem własnego ucznia, który przy każdej sposobności spoglądał w stronę oskarżonej i nie mógł sobie uzmysłowić, że tak piękna i czysta istota mogłaby posunąć się do herezji.

Nie miał wprawdzie żadnego doświadczenia z białogłowami, ale ta była raczej istotą wysłaną na ziemię przez Boga niźli diabła…

Czym prędzej odgnił jednak od siebie te myśli, szukając skupienia w cichej modlitwie.

Nastąpiły teraz nieco przydługa i patetyczna przemowa prokuratora, oraz jak zawsze niezbyt wylewna, acz konkretna mowa adwokata.

Mikołaj był jakby nieobecny, jakby jego dusza stanęła gdzieś poza salą. - Hmm, sekretarzu czy wszystko dobrze? - Odchrząknął wymownie i zapytał lekko poirytowany brakiem skupienia swojego podwładnego Inkwizytor.

- Tak, Eminencjo, inkaust tylko jakiś gęsty, proszę kontynuować - wybełkotał nieskładnie ganiąc się w duchu, iż zawiódł zaufanie mistrza i dał się przyłapać niczym żak na braku skupienia.

- Zatem oskarża się ich też o to, że oboje i każde z osobna dopuszczali się bluźnierstw,

iż Pan Nasz Jezus Chrystus nie był Bogiem, a tylko jednym z proroków.

Po komnacie przeszedł szmer, który niemal natychmiast ucichł. - Oskarża się ich też o to, że oboje i każde z osobna dopuszczali się herezji i głosili, że świat stworzył Bóg Dobry, a istotę ludzką i wszystko co materialne Bóg zły zwany Lucyferem. Dlatego wszystko co prowadzi do dóbr materialnych, czy złączenia cielesnego małżonków

w celu wydania potomstwa pochodzi od diabła, a dusza jako pierwiastek boski jest uwięziona w naszym ciele stworzonym przez Szatana. W sali zapanowało niewyobrażalne milczenie, powietrze stało się niemal gęste od ciężkich zarzutów jakie usłyszeli młodzi ludzie. Pomiędzy zgromadzonymi zaś, dało się wyczuć jakąś niespotykaną pokorę, szacunek i przeświadczenie, że nic nie ukryje się przed wszystkowidzącą Inkwizycją, a przecież każdy miał na sumieniu jakieś mniejsze lub większe grzeszki. Peregryn wiedział, że takie rozprawy działają na wyobraźnię pospólstwa i wzbudzają jeszcze większy respekt przed osobami stanu duchownego. Ze stoickim spokojem i doskonale wytrenowaną mimiką dalej prowadził swój wywód. - Wreszcie, oskarża się ich też o to, że oboje i każde z osobna głosili herezję jakoby biskupi, kapłani i wszyscy kościelni hierarchowie wraz z naszym umiłowanym Ojcem Świętym pochodzą od złego nie uznając zwierzchnictwa Kościoła. Czyż tak?

Prokurator skinął tylko głową potwierdzając konkluzje Inkwizytora. Młody zakonnik piękną kaligrafią notował teraz z pietyzmem każde słowo wypowiedziane w tej sali, i coraz bardziej żałował pięknej dziewczyny i jej brata, jednak nie pozwolił sobie już na ani jedno spojrzenie w ich stronę.

Po chwili grobowej ciszy, w której nawet pióro sekretarza zamarło gdzieś w uświęconej przestrzeni, głos znów zabrał prokurator, który z kamienną twarzą zbierał się do ostatecznego ciosu. Słowa niczym sztylet z najszlachetniejszej damasceńskiej stali mogły teraz trafić młodych ludzi prosto w serce. Nabrał w płuca powietrza i wyrecytował świdrującym głosem decydujące pytania: - Czy Ty Amelio Dubois córko Rajmunda i Marty przyznajesz się do win o jakie podejrzewa cię Święte Oficjum? - Nie - cichym głosem odpowiedziała dziewczyna, a na dźwięk jej głosu w młodym zakonniku znów coś drgnęło. - A czy Ty Beniaminie Dubois synu Rajmunda i Marty przyznajesz się do win jakie ci zarzucono? - Nie, to nieprawda - odpowiedział zdecydowanym głosem,

W tym momencie z tronu podniósł się Inkwizytor i podchodząc do przestraszonego chłopca prawie szeptem wycedził przez zęby niczym syczący jadowity wąż: - Chcesz powiedzieć, że Wielki Inkwizytor kłamie? Peregryn z sobie tylko właściwym spokojem rozpoczął intelektualną grę, w której każde nieopatrznie wypowiedziane przez oskarżonego słowo mogło przesądzić o życiu lub śmierci jego i jego siostry. - Nie Wasza Miłość, nie to miałem na myśli - chłopak zaczynał wić się jak piskorz

w rybackiej sieci - chciałem tylko powiedzieć, że oboje z Amelią jesteśmy od dziecka parafianami u św. Maurycego, chodzimy na nabożeństwa i przyjęliśmy sakramenty, Amelia zaś kocha Jezusa nad życie, pomaga sierotom i ... - Tym gorzej dla Was, bo pod pozorem gorliwej wiary, wbiliście Kościołowi w plecy sztylet herezji, czyż księga nie została znaleziona w waszym domu? - Wasza Miłość, ale ta księga nie należy ani do mnie, ani do mojej umiłowanej siostry. Jestem tego pewny i za to ręczę honorem. - Widzę, że miłujesz swą siostrę nad życie.., tu Inkwizytor znowu postawił doskonale przemyślaną pauzę, jakby składając w głowie kolejne wnioski - … a czy przypadkiem nie żyjecie w kazirodczym związku? Czemuż siostra twoja mając już dziewiętnaście wiosen nie wybrała jeszcze męża? Na sali najpierw rozległ się cichy szmer, potem gwar, a potem wręcz rumor, ktoś krzyknął - na stos z nimi, na stos, ktoś inny - biada im, biada. Inkwizytor podniósł rękę na znak, że oczekuje spokoju i niemal w momencie na powrót zapanowała absolutna cisza, Beniamin zaś coraz bardziej zdesperowany starał się uchronić siebie i siostrę przed hańbą i stosem,

a rodzinny majątek przed przejęciem przez kościelne władze.

- Wasza Miłość - mówił teraz spokojnie i rzeczowo, odpowiednio intonując każde słowo - jak zapewne wam wiadomo nasi przodkowie pochodzą z Walonii, nasz dziad Armand Dubois przybył w te strony wraz z Laurentiusem Angelusem na zaproszenie króla Henryka. Obaj byli mistrzami swych cechów i obaj przyczynili się do rozkwitu rzemiosła w tym mieście i okolicach. Angelus szukał złota i założył kopalnie żelaza, a dziad nasz warsztaty tkackie

w okolicach św. Maurycego, którą to świątynię wspomagał hojnie uczestnicząc w jej budowie. Rodzice nasi odziedziczyli warsztaty i pomnożyli rodzinny majątek na chwałę własną i tego miasta, sprowadzili tu kupców nie tylko z Europy. Niestety oboje nie byli zbyt dobrego zdrowia i pomarli jedno po drugim kilka lat temu. Zostaliśmy sami, z mnóstwem spraw

i obowiązków, które musieliśmy przejąć po rodzicach. Ja zająłem się warsztatami no

i magazynami, Amelia zaś domem i służbą. Czas uciekał, a ja nie miałem sposobności by znaleźć sobie żonę, a Amelii męża. To właśnie cała nasza tajemnica Wasza Miłość , jeśli Bóg pozwoli wstąpimy w związki małżeńskie, bo nie uznajemy ich za niewłaściwe. Oboje ufni Bogu chcemy mieć również potomstwo, które odziedziczy to co nasi dziadowie i rodziciele stworzyli. - Skąd zatem zakazana księga w Waszej bibliotece? - Może należała do naszej matki lub ojca?

Oblicze Inkwizytora zapłonęło ogniem gniewu, zmarszczył czoło, uderzył pięścią w oparcie klęcznika łamiąc je niczym cienką witkę zeschłego drzewa. - Milcz bluźnierco! Jak śmiesz oskarżać własnych rodzicieli, którzy pożegnali się z tym padołem na łonie Kościoła. Teraz wzburzony Inkwizytor już po prostu krzyczał prosto w twarz młodzieńca;

- Łżesz jak szatański pomiot, by uratować skórę własną i siostry!

Słowa Peregryna złowieszczo odbijały się od ścian i sklepień podziemnej sali. Beniamin spuścił tylko wzrok i od tego momentu nie wypowiedział już ani słowa.


Na wniosek prokuratora nastąpiło przesłuchanie rozlicznych świadków, którzy jak zwykle podczas takich procesów widzieli rzeczy, o których oskarżeni nawet by nie pomyśleli, lecz jak to zwykle bywa, ludzka zawiść, złość, zazdrość, czasem stare porachunki są w stanie wyłowić z duszy człowieka najdziksze fantazje, a wyobraźnia podsuwa coraz to nowe pomysły. Podobno widziano jak młodzieniec chowa pod żupanem ogon, a pod kapeluszem diabelskie rogi, podobno dziewczyna po nocach spacerowała z czarnymi kotami trzymając na ramieniu sowę, a w ręku szklaną kulę. Podobno młodzieniec wykazywał się nadprzyrodzoną siłą,

i często zadawał się z przybyszami z odległych krain rozmawiając z nimi używając ich pogańskiego języka, a dziewczyna uprawiała sodomię w stajniach ich majątku.

Takie to były opowieści świadków zgromadzonych przez Święte Oficjum, którym ani chłopak, a tym bardziej dziewczyna nijak nie potrafili dać odporu.

Mikołaj notował wszystko, zważając by nie uronić ni słowa, ale w sercu absolutnie odrzucał niestworzone historie opowiadane przez naocznych świadków wątpliwej reputacji.

Gdy pierwsza rozprawa dobiegała końca, Inkwizytor postanowił wyprowadzić ostateczny cios, podszedł do dziewczyny i widząc jak trzęsie się z zimna i strachu, łagodnym niemal ojcowskim tonem zapytał: - Czy Ty drogie dziecko, sama lub z bratem czytałaś księgę o której tutaj mowa? Mikołaj wstrzymał oddech i modlił się w duchu - Tak Panie czytaliśmy, lecz… Po tych słowach dziewczyna omdlała, w sali zapanował niewyobrażalny harmider, wszyscy żywo rozprawiali o tym, co właśnie usłyszeli, a Przeor zakończył wstępny sądowy przewód.

19 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
bottom of page