top of page
  • Artur

ZAKONNIK - AMELIA I MIKOŁAJ



VII

„ Z całą pilnością strzeż swego serca, bo życie ma tam swoje źródło”

Księga Przysłów


Od momentu dramatycznie zakończonej rozprawy w sali tortur Mikołaj bez ustanku szukał sposobu by pomóc rodzeństwu. Tym razem jednak nie zwrócił się do Mistrza,

przezornie postanowił działać na własną rękę. Wiedział, że naraża się na ogromne niebezpieczeństwo, ale kierowany uczuciem jakiego nigdy dotąd nie zaznał, oraz własnym poczuciem sprawiedliwości rozpoczął swoją własną, ryzykowną grę.

Wieczorami opuszczał klasztorne mury na Piasku i przez opustoszały, ciemny plac targowy i między jatkami w których w targowe dni sprzedawano mięso przeróżnej zwierzyny przemykał w stronę żydowskiej osady. Mdły odór krwi dolatujący z rzeźniczych ław, który zwykle przyprawiał młodego mnicha o mdłości, teraz zapewniał bezpieczeństwo, bo nikt raczej wieczorami tędy nie chodził. Widok zakrzepłych ciemnobrunatnych plam przypominał Mikołajowi sceny które kilka dni temu rozegrały się w podziemiach u świętego Wojciecha. Wiedział, że jedyną osobę, która może go wesprzeć znajdzie właśnie tam.

Zakonnik musiał odnaleźć Żyda, którego wraz z rodziną ocalił kilka miesięcy temu, gdy ktoś rzucił na niego oszczercze podejrzenie o to, że pod jednym z kościołów chciał kupić hostię do swoich niecnych praktyk. Wierzono w tych czasach, że Żydzi przebijają sztyletem konsekrowany komunikant, chcąc przekonać się czy to prawdziwe ciało Jezusa.

Wiele jeszcze innych niedorzeczności rozpowiadano o starozakonnych podejrzewając ich

o rytualne dzieciobójstwa, kanibalizm i wampiryzm. Krew z chrześcijańskich niemowląt miała być rzekomo składnikiem macy spożywanej przez Żydów podczas święta Paschy.

Mikołaj jako człowiek światły, i prowadzący na polecenie mistrza kilka spraw związanych z finansami klasztoru poznał starozakonnych jeszcze w Raciborzu, nigdy nie zawiódł się na danym przez nich słowie, a nawet podziwiał ich niezwykły talent do pomnażania majątku. Fascynowała go piękna kultura i prastare zwyczaje jakby żywcem wyciągnięte z ksiąg Starego Testamentu. Nigdy też nie zauważył niczego, co mogłoby potwierdzać ludzkie bajdurzenia, więc kompletnie nie wierzył w te i inne legendy. Utrzymywał za to nieco szersze kontakty z kilkoma światłymi Żydami tocząc interesujące dysputy i teologiczne spory co niestety zagrażało wystawieniem na szwank jego dominikańskiej reputacji. Nigdy jednak, ani jedno zdanie wypowiedziane podczas tych akademickich sporów nie opuściło ścian izb w których padło. Miał do tych ludzi pełne szacunku zaufanie.

We Wrocławiu znał tylko jednego, właśnie tego którego przesłuchiwał jakiś czas temu jeszcze w Raciborzu, a który obiecał mu dozgonną wdzięczność. Nie pomyślał wtedy nawet przez chwilę, że tak szybko będzie się musiał o tę wdzięczność upomnieć.

W końcu dotarł do niewielkiej żydowskiej osady w której mieszkało kilkadziesiąt rodzin, teraz, późnym wieczorem było tu cicho i pusto. Przeszedł obok budowanej właśnie synagogi, rozglądając się czujnie, ale nie trafił na nikogo kto pomógłby mu znaleźć dom starego Żyda.

Przysiadł na jednym z kamieni i zatopił się w modlitwie, prosząc św. Judę Tadeusza patrona od spraw beznadziejnych o pomoc. Wiedział, że bez pomocy tego człowieka nie uratuje rodzeństwa z opresji. Ich majątek był już pod strażą Inkwizycji, a on był tylko ubogim mnichem. Potrzebował koni, prowiantu i punktu zaczepienia gdzieś daleko od tego miasta.

Tego wieczora postanowił jednak się poddać i wrócić w to miejsce nazajutrz o nieco wcześniejszej porze. Wracając ze swej niezbyt udanej nocnej wyprawy wstąpił do ulubionej świątyni, kaplicy św. Marcina, by jeszcze raz ofiarować swe troski Panu.

Kaplica była jedną z najstarszych świątyń miasta znajdowała się w sakralnej enklawie Ostrowa Tumskiego tuż obok Pałacu Biskupiego oraz dwóch katedr św. Idziego i św. Jana Chrzciciela. Młody mnich najbardziej upodobał sobie tę skromną świątynię, bo tutaj niemal całym sobą odczuwał obecność Boga, poza tym kaplica znajdowała się rzut kamieniem od jego klasztornej celi na Piasku.



VIII

„Jednakże nawet wtedy, kiedy będą w kraju nieprzyjacielskim, nie odrzucę ich i nie będę się brzydził nimi do tego stopnia, żeby ich całkowicie zniszczyć i zerwać moje przymierze z nimi, bo Ja jestem Pan, ich Bóg”

Księga Kapłańska



Zakonnik z dużo większą swobodą niż mógł się tego pierwotnie spodziewać przedzierał się nocami do lochów pod murami dominikańskiego kościoła św. Wojciecha, gdzie więziono rodzeństwo.

Jeszcze nie oswoił się z przysługującymi mu przywilejami i szacunkiem podszytym strachem jakimi cieszył się wśród lokalnej społeczności i strażników. Był w końcu notariuszem inkwizycji, więc pod pretekstem uzupełniania zeznań niemal co noc odwiedzał skazanych przemycając pod habitem co smaczniejsze kąski z klasztornej kuchni. wino i owoce z sadu który pielęgnowali zakonni bracia.

Podczas tych nocnych rozmów poznał rodzeństwo na tyle by zyskać pewność co do ich niewinności, nie było wprawdzie czasu na szeroko zakrojone śledztwo, ale z pomocą wskazówek uzyskanych od skazanych, własnego błyskotliwego intelektu i stalowego uścisku pięści zaciskającej się na gardle przesłuchiwanych osób szybko znalazł winnych niesłusznego oskarżenia rodzeństwa Dubois. Okazało się, iż nieszczęsna księga znalazła się w domu rodziny faktycznie jeszcze za życia rodzicieli, a podłożona została przez jednego z zawistnych rzemieślników, którego płótna nie cieszyły się aż takim powodzeniem jak te z manufaktury znamienitej rodziny. Ów nikczemnik chciał zatem podstępnie pozbawić rodzinę Dubois majątku i przejąć pozostawionych samych sobie klientów. Bogatych kupców z północy Europy, a nawet Azji i dalekiego wschodu. Niestety, zanim jego plany nabrały realnych kształtów i zanim zdążył donieść Inkwizycji o rzekomej herezji swoich sąsiadów, rodziciele Amelii i Beniamina zapadli na tyfus i pomarli jedno po drugim.

Zdawało się wtedy, że młodzi szybko będą chcieli pozbyć się rodzinnego majątku i za pokaźną sumkę wypłacaną dożywotnio wieść dostatnie życie bawiąc się i czerpiąc pełną garścią uroki życia. Niestety dla spiskowca, rodzeństwo szybko otrząsnęło się po śmierci ojca i matki,

a przez wzgląd na ich pamięć i z szacunku do wszystkiego co zbudowali w czasie swojego życia poczęli prowadzić interesy rodziców z jeszcze większym powodzeniem. Byli solidni i pracowici, więc szybko pomnożyli majątek rodzinny nie chcąc nawet słyszeć o sprzedaży warsztatów i składów w obce ręce.

Nie wiedzieli jednak, że we własnym rodzinnym domu pośród umiłowanych rękopisów czai się ten, który zaważy na ich życiu. Niestety, niegodziwa wizja okrutnego człowieka ogarniętego chorobliwą miksturą zawiści i pogardy oraz własnej bezsilności musiała się w końcu ziścić…

Jego radość nie trwała jednak zbyt długo, pewnego wieczora do wrót podupadłego domostwa zakołatał nieznany mnich, który za pomocą perswazji zmusił łgarza do podpisania zeznań, i stawienia się przed świętym oficjum w celu wyjaśnienia swojej intrygi.

Jednak szczęście nie było przy Mikołaju. Po primo dowiedział się, że zeznania i tak niczego nie zmienią, bo podejrzani podczas pamiętnego przesłuchania w sali tortur sami przyznali się do winy, po secundo zaś, już następnego dnia doszły do uszu zakonnika wieści, iż w jednym

z domostw osady walońskiej znaleziono ciało znanego kupca który powiesił się nie zostawiając po sobie nic poza papierami dłużnymi. Mikołaj naprędce musiał obmyślić nowy plan, tym razem był to plan ucieczki który przekazał rodzeństwu podczas jednej z wizyt

w lochach, niestety brakowało w nim najważniejszego elementu, zaufanego człowieka któremu mógł powierzyć swój sekret, a którego bezskutecznie szukał od kilku dni. Tym człowiekiem był Żyd o imieniu Abraham Zilber. Wprawdzie Mikołaj dowiedział się już gdzie ów zacny człek mieszka, lecz szczęście znów nie było z młodym mniechem.

Nie zastał starego Żyda w domu bo ten, wspólnie z kilkoma znamienitymi członkami Kahału udał się do Nysy w sprawach gminy. Co gorsza, jego żona, Sara, nie znała niestety terminu powrotu męża, a teraz najbardziej liczył się czas. Mikołaj był bliski rozpaczy.

Na domiar wszystkich trosk jakie zajmowały głowę młodego człowieka, z każdym spotkaniem Amelia stawała się dla niego coraz większą obsesją.

Zakochał się do szaleństwa, a jego wzburzona krew nie pozwalała mu na skupienie

i prowadzenie swej trudnej misji. Bał się, że mistrz przejrzy jego serce, odkryje niecne zamiary, więc dla spokoju ducha unikał z nim spotkań jeśli nie było to konieczne.

Dzięki Bogu zasłabnięcie podczas procesu pomogło mu w zmyśleniu historyjki o własnej chorobie. Tak więc Przeor nie nadwyrężał swojego umiłowanego ucznia, a ten mógł prowadzić nocną grę.

W końcu los uśmiechnął się i do niego. Prokurator musiał udać się do Krakowa, w sprawie, jak stało w piśmie dostarczonym przez posłańca, niecierpiącej zwłoki. Skoro prokurator udawał się w podróż, termin autodafe nie był jak dotąd ustalony, i wszystko jakby ucichło,

to Mikołaj otrzymał od opatrzności kilka niedziel czasu. W młodzieńcu budziło to nadzieję,

że poczciwy Żyd zdąży wrócić i udzielić mu oczekiwanej pomocy. W końcu gdzieś pośród ciemności niemocy zaczęło tlić sie światełko nadziei.

Dziewczyna bardzo życzliwie spoglądała w stronę mnicha, lecz nie miała odwagi

i śmiałości by wykonać jakikolwiek gest, nic ponadto, co przystoi białogłowie w relacji z osobą duchowną. To doprowadzało go do szaleństwa.

Pewnej nocy Mikołaj walcząc z własnymi myślami i wewnętrznym rozdarciem powziął ryzykowny plan sprowadzenia Amelii do swojej klasztornej izby. Uznał, że nadszedł czas by wyznać jej wszystkie swoje uczucia.



IX

„Niech mnie ucałuje pocałunkami swych ust! Bo miłość twa przedniejsza od wina”

Pieśń nad Pieśniami


- Stój kto idzie? Strażnik groźnie zawołał przygotowując do użycia swoją halabardę.

- Brat Mikołaj - notariusz przed Świętym Oficjum z polecenia Inkwizytora Peregryna. Jest rozkaz, by oskarżona o herezję dziewczyna niezwłocznie pojawiła się przed obliczem Jego Eminencji w celu uzupełnienia wyjaśnień.

Mikołaj pomachał przed nosem żołnierza dokumentem z pieczęcią Inkwizytora.

Był pewny, że strażnik nie potrafi czytać, ten zaś, rozpoznając inkwizytorską pieczęć bez żadnych dociekań pozwolił wyprowadzić więźnia.

- Posłuchaj Amelio, musisz pójść ze mną bo sprawy o których chcę ci powiedzieć nie dotyczą twojego brata, tylko ciebie i...

Dziewczyna była nieco przestraszona, ale ufała zakonnikowi. Od jakiegoś czasu myślała o nim bardziej niż serdecznie, za co ganiła się w myślach niezbyt namiętnie przepraszając Boga akurat za ten grzech.

- Beniaminie, przed Prymą twoja siostra wróci tutaj cała i zdrowa. Masz moje słowo.

Młodzieniec nie potrzebował zapewnień Mikołaja, ufał mu i od dłuższego czasu traktował jak przyjaciela zwierzając się ze wszystkich trosk i podejrzeń związanych ze sprawą, poza tym doskonale wiedział o śledztwie mnicha, i o tym co ów dzielny człowiek czuje do jego siostry. W obliczu nadchodzącej śmierci nie chciał stawać pomiędzy nimi, choć w głębi duszy miał nadzieję, że miłość jaką obdarzył Amelię Mikołaj pozwoli uratować przynajmniej ją przed ostateczną hańbą i spaleniem na stosie. O sobie nie myślał w ogóle, dawno pogodził się ze swoim losem gdy w sali tortur potworna maszyna rozdarła jego męską dumę. Nie da się bardziej pohańbić ani jego, ani jego siostry. Wprawdzie wydobrzał dzięki pomocy medyka

i mnicha na tyle, że odrobinę wróciła mu chęć do życia, ale bardziej była ona wynikiem troski o siostrę niż o siebie. Ta zaś była w mnichu zakochana, widział to w jej oczach, w każdym geście gdy ten był w pobliżu, w każdym zamyśleniu. Znał ją dobrze.

Cóż, tak czy inaczej, nawet gdyby ciągle był w chorobowym amoku albo gdyby był ociemniały, to w każdej cząstce powietrza dało się wyczuć napięcie jakie towarzyszyło mnichowi za każdym razem gdy Amelia powiedziała słowo lub uczyniła gest w jego stronę i odwrotnie.


Mikołaj prowadził ją teraz przebraną w zakonny habit z kościoła św. Wojciecha przez plac dominikański do klasztoru na Piasku. Bał się szczególnie o nią i modlił się w duchu by nie spotkać po drodze żadnego z zakonnych braci. W pokojach Peregryna zauważył palące się świece, na myśl o swym dobrodzieju ogarnął go jeszcze większy strach.

Ściskał mocno delikatną dłoń dziewczyny i w cieniu budynków przemykali w kierunku furty klasztornej. Dzięki boskiej opatrzności noc była deszczowa i ciemna.

W końcu bezpiecznie dotarli do izby w której poza wieloma książkami był tylko klęcznik, twarde łóżko i drewniany krucyfiks.

- Trochę tu skromnie, pewnie przywykłaś do innych pomieszczeń?

- Tak, szczególnie ostatnimi czasy - odparła dziewczyna i oboje parsknęli cichym stłumionym śmiechem.

Amelia uśmiechnęła się pierwszy raz odkąd się poznali, a z radosną twarzą była jeszcze piękniejsza. Stali naprzeciw siebie oglądając w blasku świec swoje łagodne oblicza.

Mikołaj nie potrafił wydobyć z siebie ani jednego słowa, mimo, że wcześniej wiedział dokładnie co ma dziewczynie do powiedzenia. Ta posmutniała.

- Panie, co z nami będzie – zapytała cicho, gasząc uśmiech na swojej bladej twarzyczce.

- Cii...Amelio, nie mów nic. To co teraz usłyszysz może wydać ci się dziwne

i niedorzeczne. Jeśli zaś twoje serce nic nie czuje powiedz tylko słowo, a odprowadzę cię do brata.

- Panie... twoje słowa sieją niepokój w mojej duszy, czy zrobiłam coś?...

- Nie Amelio, nie, to raczej ja zrobiłem wiele by zasłużyć na potępienie, ale muszę ci wyznać wszystko co czuję - przyłożył z uwielbieniem palec do jej lekko rozchylonych warg dając znak by nic nie mówiła, lecz dała mu zebrać myśli i dokończyć wyznanie - moja pani… nigdy nie pomyślałbym, że powiem to białogłowie, niech Bóg zlituje się nad moją grzeszną duszą, ale kocham cię, kocham cię od pierwszego momentu, od kiedy ujrzałem twoje oblicze podczas procesu, marzę byś była wolna, a jednocześnie chciałbym zatrzymać cię w lochu by móc przychodzić ku tobie co noc! To niedorzeczne, Amelio, dlaczego to wszystko spotyka właśnie ciebie i mnie?

- Cii...dziewczyna położyła dłoń na jego rozedrganych ustach, objęła go i pocałowała namiętnie.


Świat zawirował Mikołajowi przed oczami, wiedział, że jest o krok od popełnienia najcięższego ze swoich grzechów.

Próbował się opanować, lecz jego umysł nie miał już żadnej władzy nad wzburzonym

z podniecenia ciałem. Jego nabrzmiała męskość błagała o uwolnienie spod fałd dominikańskiego habitu, krzyczące sumienie zagłuszała jakaś nieopisana atawistyczna chuć, która przez tysiąclecia pozwalała przetrwać ludzkiemu rodzajowi.

Ręce błądziły po ciele dziewczyny zdzierając z niej skromną więzienną szatę i odsłaniając widok najsłodszy na świecie. Widok jej jędrnych i nabrzmiałych z podniecenia piersi.

Ich języki uwięzione w nieco niezdarnym lecz namiętnym pocałunku niedoświadczonych kochanków pieściły siebie nawzajem przy akompaniamencie westchnień, oddechów, pomruków rozkoszy i podniecenia.

Nigdy nie posiadł kobiety, błądził więc teraz instynktownie po całym delikatnym ciele,

by dotrzeć do łona i pieścić językiem jej kobiecość. Poczuł w ustach jej słodko słony smak i do końca utracił panowanie nad swoją egzystencją. W końcu wszedł w nią z całej siły by poczuć czym jest rozkosz. Rozkosz i spełnienie, właśnie tutaj, na ziemskim padole łez i rozpaczy.

Oboje byli spełnieni, kiedy ciężko dysząc po najsłodszym z ziemskich aktów trzymając się za ręce leżeli bez sił na twardym zakonnym sienniku, mnich uświadomił sobie, że niebawem straci swoją pierwszą prawdziwą namiętność, istotę która stała się obiektem jego uwielbienia, która pokazała mu, że w doczesnym życiu, na tych kilka chwil można doznać niebiańskiej rozkoszy, która odsłoniła przed nim to, co do tej pory było zakazane i uznane za pochodzące z piekieł, w której zakochał się bez pamięci od pierwszego momentu kiedy ujrzał jej cudowną twarz. Teraz miał ją stracić. Miał rozstać się z nią na zawsze.

Zagłuszając wyrzuty sumienia starał się znaleźć jakieś inne, łatwiejsze do zaakceptowania rozwiązanie. Ku swojej rozpaczy musiał wybierać czy umożliwić ich ucieczkę by ocalić im życie, czy pozostawić w lochu i wykorzystać jej ostatnie dni dla zaspokojenia swych własnych rządz. Serce nie pozostawiło nieszczęśnikowi żadnych złudzeń.

Objął ją mocno przytulając do siebie i zapłakał nad ich losem.

10 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
bottom of page