top of page
  • Artur

NIE WIEM CO CI RESTAURATORZY TAK NARZEKAJĄ?

Smutne są dyskusje z ludźmi którzy nie bardzo wiedzą o czym mówią, bo jeśli komuś wydaje się, że powrót do względnej normalności w gastronomii będzie równie automatyczny jak otwarcie galerii handlowych jest w wielkim błędzie i brak mu elementarnej wiedzy na temat tej branży.

Niestety decyzje podejmowane gdzieś tam, w zaciszach gabinetów nie uwzględniają jednej podstawowej rzeczy. Restauracja to nie jest punkt w którym zgaszenie czy zapalenie światła może coś zmienić, coś uruchomić z automatu albo z automatu zamknąć. Restauracja to żywy organizm na którym od wielu miesięcy przeprowadza się masową, powolną i bezwzględną eutanazję…

Nie chcę wchodzić w buty specjalistów epidemiologów czy wirusologów, być może zamknięcie restauracji ma jakieś głębsze uzasadnienie którego moje podstarzałe zwoje mózgowe nie ogarniają,

ale krew mnie zalewa gdy widzę dzikie tłumy w „stonkach” wszelakich albo „figlach” gdy korek blokuje lewoskręt do handlowego kościoła wyznawców kupowania rzeczy niepotrzebnych ale w promocji, gdy nie mam się gdzie napić kawy bo muszę ją kurwa zabrać w gównianym kubku z którego smakuje jak stara zbożówka gdzieś w świetlicy na koloniach.

Od wielu miesięcy obserwowałem jak najbardziej restrykcyjne przepisy wprowadzane są w lokalach niemałym nakładem środków i starań całego personelu. Jak dba się o dezynfekcję, jak wyczula gości restauracji na obowiązujące procedury. Nie wiem czy jest druga branża (poza rozrywką rzecz jasna)

która tak silnie została poddana obostrzeniom, by po tych wszystkich inwestycjach, przygotowaniach

i staraniach zamknąć najbezpieczniejsze miejsca w przestrzeni publicznej na cztery spusty. I wpieprzaj teraz dziadu obiad ze styropianowego pudełka, wal sosem po brodzie i samochodowej tapicerce, bo komuś przeszkadzało to, żeś sobie usiadł, zdezynfekował ręce, napił się wina i zjadł jak cywilizowany człowiek.

Ktoś, kto myśli, że dania na wynos są w stanie zapewnić restauracji funkcjonowanie też chyba nie bardzo ma pojęcie o czym mówi. Taka sprzedaż w zasadzie pozwala tylko na to, by utrzymać personel

i nie pozbywać się ludzi do których ma się zaufanie i nie chce się ich stracić. Restaurator wie, że za każdym szefem kuchni, kucharzem czy pomocnikami stoją rodziny, są dzieci, które też chciałyby świąteczny prezent. Ale co tam…

Restauracja to nie jest urządzenie na pstryczek, pstryk działa, pstryk nie działa…

Co z towarem który został po zamknięciu? Może trzeba narobić bigosu „nawinie” i podesłać na Wiejską niech się zajadają…

Pracuję w tej branży od trzydziestu lat i jednego jestem pewny – nie ma w przestrzeni obiektów użyteczności publicznej miejsc bardziej bezpiecznych od restauracji, gdzie dba się o gościa jak o własnego domownika, poza tym, nie ma chyba drugiej takiej branży gdzie relacje międzyludzkie są tak istotne, gdzie zespół stanowi o powodzeniu biznesu lub jego upadku, gdzie człowiek , jego talent, pasja

i pokora mogą przynieść sukces nie indywidualny, ale zespołowy, bo każde ogniwo w tej maszynie jest bardzo istotne…

Czekam z niepokojem na krajobraz „po bitwie” i wiem, że sporo się zmieni, możemy pójść po pandemii do ulubionej restauracji której już po prostu nie będzie. To bardzo smutne.

Wielu moich rozmówców zarzuca mi zbyt jednostronne patrzenie na problem, mówią, że przecież przed zarazą restauratorzy zarabiali krocie, mogli odłożyć, tak, może mogli, ale to nie jest wszystko takie zero jedynkowe, bo koszty prowadzenia lokalu gastronomicznego bywają bardzo płynne, zależne od wielu czynników, od pory roku, pogody, wydarzeń wokół , potrzebne są inwestycje nie tylko w środki trwałe, ale także w ludzi, w podnoszenie ich kwalifikacji, bo moi drodzy koszty w restauracji to nie tylko cena za kilogram mięsa czy ryby jak się niektórym wydaje.

Pozostaje mi mieć nadzieję, że jednak uda się ocalić nasze ulubione knajpki, kluby czy bistra, bo przecież po covidzie będzie jeszcze jakieś życie?..



258 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
bottom of page