top of page
  • Artur

2009 - GRUDZIEŃ

Zaktualizowano: 27 mar 2020



Od zawsze nie znosiłem zakupów, centra handlowe powodowały u mnie rozdrażnienie

i zniecierpliwienie. Okres przedświąteczny tę niechęć jeszcze bardziej potęgował.

Najchętniej zamówiłbym wszystko telefonicznie lub przez internet w zamian za święty spokój. Niestety moje kobietki były innego zdania. Siedziałem więc sobie w jednej z tych wielkomiejskich szpanerskich galerii popijając kawę i czekając, aż moje modelki wyłowią jakieś warte uwagi szmaty spośród bezkresu wieszaków i półek. Już nawet nie pytałem czego szukają, znałem odpowiedź, zawsze brzmiała tak samo: czegoś fajnego tato. Baby są jednak

z innej planety. Jasny gwint - potrzebuję spodni, kupuję spodnie, potrzebuję butów, kupuję buty, krótko i na temat. Najchętniej załatwiłbym to wszystko w godzinę, więc by nie wyjść na wapniaka i marudę wolałem odmeldować się do kawiarni. Przyglądając się goniącym w idiotycznym pędzie ludziom z wypchanymi po brzegi wózkami myślałem o tym co powinienem zrobić. Martyna dzwoniła jeszcze kilka razy, nalegając coraz bardziej bym podjął jakieś działania. Oczywiście w jej mniemaniu miały to być działania radykalne. Kochałem ją bardzo, tego parszywego karierowicza nienawidziłem coraz szczerzej, ale ciągle nie byłem w stanie wydusić z sobie takiej motywacji by skrzywdzić tego skurwiela. Martyna nie dawała za wygraną, coraz częściej pisała lub dzwoniła nie wspominając nawet o nas tylko domagając się mojego działania. Zatopiony w tych ponurych rozmyślaniach poczułem wibracje telefonu. Martyna… kilka tygodni temu odebrałbym połączenie cały w skowronkach, dzisiaj raczej czułem niepokój.

- Cześć, co robimy? Jakieś decyzje? czy mam znaleźć kogoś innego, kto ma w spodniach nieco większe instrumenty? - Ehm… - Taki żarcik Mati, żebyś nie był spięty Skarbie. - Cześć słoneczko, no raczej ten żart nie śmieszny. - Ależ Misiu, naprawdę żartowałam. - Okej, posłuchaj w sylwestra gram w Warszawie nocny koncert, potem załatwię sprawę, obiecuję ci. - Naprawdę? Jesteś kochany Mati, po wszystkim zostaniesz już u mnie prawda? Proszę. - Tak, zostanę, tęsknię za tobą kochanie. - Ja za tobą bardziej moje ty ciasteczko. Trzymam kciuki i czekam na ciebie .Pa.

Klamka zapadła. Oczywiście powinienem wycofać się z tego irracjonalnego pomysłu, dać sobie spokój

i odpuścić, starać się wytłumaczyć Martynie, że możemy z tym żyć, jednak sama myśl o tym, że mógłbym ją stracić i okazać się zbędny przyprawiała mnie o jakiś niewyobrażalny paniczny strach. Od kilku tygodni znałem Kwiatkowskiego niemal na wylot, każda informacja o tym człowieku docierała do mnie ze zdwojoną siłą i coraz bardziej nie znosiłem tego śliskiego gnoja. Pozostało tylko odmierzać dni do momentu kiedy stanę z nim twarzą w twarz, ale w tym momencie wpadł mi do głowy jeszcze inny pomysł…

- Stary nie rozumiem po co chcesz wlec się do Warszawki własnym autem, przecież możemy poczekać na ciebie ten jeden dzień i wrócić dopiero drugiego - gorączkowo gestykulując Wojtek koniecznie chciał mnie odwieźć od planu samotnej podróży. - Powtarzam ci, że muszę być w stolicy już dzień wcześniej, mam tam pewien biznes który muszę dokończyć jeszcze w tym roku. Obiecuję, że na trzy godziny przed waszym przyjazdem będę już miał wszystko załatwione i grzecznie zamelduje się na próbie. - Dobra Mati tylko błagam cię nie nawal. Będzie telewizja, musimy wypaść super, jeśli chcemy wypromować ten materiał nie możemy odpuszczać nawet na milimetr. Teraz nadawali już wszyscy z bandu. - Kurwa ludzie, wiem. Wiem, że to poważna sprawa, ale do chuja niech każdy pilnuje siebie, pilnujcie Struny, żeby nie upalił się za mocno, albo Kuby, bo znowu będzie nawalony. Ja trzymam pion czyż nie tak? - Dobra, panowie przestańcie się kłócić, przecież mamy wspólny cel, prawda? - Dzięki Bogu mamy w zespole dziewczyny, a Natalia, bystra i bardzo rozgarnięta chórzystka

o świetnym głosie jak zwykle studziła atmosferę. - Sorry chłopaki, mam ostatnio ciężki okres – dałem spokój.

Fakty były takie, że od powrotu z Francji było mi z zespołem zupełnie nie po drodze, owszem próby sprawiały mi nadal wielką frajdę, koncerty wywoływały ten specjalny dreszcz emocji, ale chłopaki wyraźnie działali mi na nerwy, wspominając mimochodem historie o francuskiej księżniczce przez którą nie mogę się skupić. Dochodziło wtedy między nami do sporych awantur, raz nawet pobiłem się z basistą. Już bałem się styczniowej sesji w nagraniowym studiu.

Święta minęły jak co roku na ogromnej ilości przygotowań i dwóch dniach, które zleciały zbyt szybko. Może to i lepiej bo w towarzystwie byłej żony przy wigilijnym stole czułem się fatalnie. Jakoś pokątnie powiedzieliśmy do siebie kilka chłodnych jak grudniowa noc słów dzieląc się opłatkiem. Zrobiliśmy to dla dziewczynek. Te, nie były jednak głuche ani ślepe, tylko że swoje role grały znacznie lepiej od nas. Cały ten okres doprowadził mnie niemal do depresji, nie mogłem znieść nerwowego wyczekiwania, postanowiłem zrobić mojej ukochanej niespodziankę i pojawić się w naszym hotelu dzień wcześniej. Okazało się, że Martyna nie mieszkała tutaj od jakiegoś czasu, nie było jej również w mieszkaniu, które ciągle jeszcze zajmowała rodzina z małym brzdącem. Zrezygnowany postanowiłem zadzwonić psując wprawdzie niespodziankę, ale licząc na gorące przyjęcie i radość ze spotkania, poza tym musiałem ustalić gdzie jej szukać.

Z głośnika usłyszałem komunikat w języku francuskim, że abonent jest czasowo nieosiągalny. Totalna klapa. Byłem zły na siebie, głodny i zmarznięty. Jakby mało było pecha w tylnim kole złapałem gumę. - Niech to kurwa jebany szlag. Zapaliłem papierosa i zacząłem przyglądać się przebitej oponie jakbym chciał by siłą mojej woli naprawiła się sama. Przeklinając pod nosem zabrałem się do roboty gdy nagle zobaczyłem Martynę wysiadającą z mercedesa w towarzystwie człowieka obwieszonego złotem niczym świąteczna choinka. Schyliłem głowę by mnie nie zauważyli, a potem odprowadziłem ich wzrokiem do klatki schodowej. Nie była to klatka w której mieszkała Martyna. W głowie poczułem mętlik, nie wiedziałem czy pobiec za nią i wykrzyczeć jej w twarz to co w tym momencie myślę. Zazdrość kompletnie pomieszała mi w głowie.

Przecież nie wiem nawet kim był ten facet. Skończyłem wymianę koła, wsiadłem do samochodu startując silnik by ogrzewanie zaczęło działać i zapaliłem kolejnego papierosa. Postanowiłem poczekać pod blokiem z nadzieją, że zaraz wyjdzie. W końcu po dwóch godzinach, dałem za wygraną, złapałem telefon i wykręciłem numer. Znów francuski bełkot automatycznej sekretarki, poczekałem na sygnał by zostawić wiadomość: - Martyna, to ja twoja zabawka, przyjechałem dzień wcześniej, chciałem zrobić ci niespodziankę, ale widzę, że chyba już nie jestem ci do niczego potrzebny. Swoją drogą chyba nieźle się bawiłaś co? Wyłączyłem się rzucając telefonem na siedzenie i z piskiem opon ruszyłem przed siebie. Postanowiłem zatrzymać się w hotelu do którego następnego dnia miała dojechać reszta kapeli, wziąłem prysznic i zszedłem do baru. Na wysokich stołkach siedziało kilka prostytutek czekających na łatwy zarobek, usiadłem między nimi by utopić swój żal w butelce Danielsa, na moje nieszczęście przy barze nie wolno było palić. - Pierdolony kraj, wszystkiego człowiekowi zabraniają - rzuciłem gorzko w kierunku barmana, gdy w kieszeni zadzwonił telefon. Popatrzyłem na wyświetlacz na którym migało jej imię i zdjęcie. Postanowiłem nie odbierać, nie miałem ochoty z nią rozmawiać. Po kilku próbach wysłała sms-a:


TO NIE TAK JAK MYŚLISZ PANIE OBRAŻALSKITO MÓJ BRAT!
GDZIE JESTEŚ PRZYJADĘ?!


- W momencie odesłałem jej wiadomość z nazwą hotelu i numerem pokoju, barmanowi rzuciłem solidny napiwek, a sam pobiegłem do pokoju, wyrzucając sobie w duchu własny idiotyzm. Jak mogłem w nią zwątpić. Gdy tylko pojawiła się w drzwiach wpadliśmy sobie

w objęcia zrzucając wszystkie ubrania. Kochaliśmy się do rana i było jak dawniej, w końcu czułem, że jej na mnie naprawdę zależy, ale już wkrótce miałem się przekonać jak bardzo się myliłem… Po koncercie nie zabrałem się z paczką na sylwestrową imprezę, tłumacząc coś pokrętnie wywinąłem się mimo, że mocno nalegali. Pewnie pomyśleli, że chcę resztę nocy spędzić na podróży do domu. Było mi to nawet na rękę. Podjechałem pod Hayatta, stanąłem na bocznym parkingu, zapaliłem papierosa, zmieniłem płytę wrzucając w odtwarzacz album Behemoth i czekałem by stanąć twarzą w twarz z moim przeznaczeniem.

2010 Styczeń

Roztrzęsiony zjawiłem się w przydrożnym motelu, wynająłem pokój, zapłaciłem gotówką 79,99 i włączyłem jedną ze stacji informacyjnych.

- Dziś późnym wieczorem około 02:30 po wyjściu z balu sylwestrowego w Hotelu Hayatt w Warszawie zginął minister Andrzej Kwiatkowski, który został śmiertelnie potrącony przez niezidentyfikowany do tej pory pojazd. Sprawca uciekł z miejsca wypadku. Policja podejrzewa, że był pod wpływem alkoholu lub innych środków odurzających. Nie wyklucza sie też zamachu. Na miejscu pracują ekipy śledcze policji i Biura Ochrony Rządu, zabezpieczono już nagrania z monitoringu hotelowego oraz pobliskich skrzyżowań.

Polski koordynator przy komisji do spraw energetyki w Brukseli, minister Andrzej Kwiatkowski miał 52 lata, od ponad dekady piastował ważne funkcje w komisji europejskiej

i był bardzo cenionym ekspertem związanym ze sprawami energetyki jądrowej, pozostawił żonę i adoptowanego syna...

Oczywiście potem następowały setki powtórzeń tych samych zdjęć, miliony słów powtarzanych w kółko, a reporterzy niemal tratowali się by porozmawiać z choć jednym świadkiem tego zdarzenia. Hieny zwietrzyły krew i nie odpuszczały ani na moment. Chciałem wyłączyć ten idiotyczny spektakl gdy na ekranie pojawiła się fotografia która niemal ścięła mnie z nóg, w jednym momencie oblał mnie zimny pot i świat zawirował przed oczyma jakby wywrócił się do góry nogami, albo jakby ktoś z kosmicznej otchłani rzucił go w nicość.

Na ekranie pojawiło się zdjęcie żony tego gościa...

- Ja pierdolę, kurwa mać to nie może być prawda, to niemożliwe - złapałem telefon

i trzęsącymi się rękoma ledwie wykręciłem numer. Znowu usłyszałem głos sekretarki. Cisnąłem nim w kąt pokoju i wyszedłem na pobliską stację benzynową, musiałem się napić

i zapalić. Kupiłem litrową butelkę Danielsa i wróciłem do pokoju. Miałem odczucie jakby śledziło mnie tysiąc oczu. Chciałem zapaść się pod ziemię. O co tu kurwa chodzi, w co ja się dałem wpakować. Przez głowę przebiegało mi milion myśli na sekundę. Przez resztę nocy wykręcałem bez skutku jej numer, za każdym razem słysząc ten sam bezduszny głos automatycznej sekretarki… Obudziłem się koło jedenastej z potwornym bólem głowy, włączyłem telewizor, wciąż wałkowano temat śmierci ministra, widać telewizja nie odsypia sylwestrowej nocy.


- Policja poszukuje srebrnego Nissana Patrola o numerach rejestracyjnych KTA 021ZA - na ekranie telewizora pojawiło się zdjęcie mojego auta z jakiejś przemysłowej kamery. Samochód został skradziony wczorajszej nocy spod stołecznego hotelu Victoria i należy do perkusisty jednego ze śląskich zespołów rockowych, który koncertował sylwestrowej nocy w stolicy. Tablice rejestracyjne zostały skradzione z dwudziestoletniego Forda Mondeo należącego do mieszkańca powiatu tarnogórskiego, który nie zgłosił tego faktu.

Właściciel Forda jest przesłuchiwany właśnie w katowickiej komendzie. Policja podejrzewa, że sprawca wypadku w którym zginął minister Kwiatkowski poruszał się właśnie tym samochodem. Jak mówią śledczy wskazują na to dowody w postaci nagrań z kamer monitoringu miejskiego. Niestety sylwetka domniemanego sprawcy jest bardzo trudna do rozpoznania, był on w ciemnych okularach i w zasłaniającej twarz czapce oraz szalu. Policja nie udziela więcej informacji, ale poszukuje ewentualnych świadków, którzy mogliby pomóc w ustaleniu tożsamości kierowcy skradzionego Nissana. Podajemy numery telefonów kontaktowych…

Wyłączyłem telewizor gdy usłyszałem dzwonek mojej komórki. Cholera gdzie wpierdoliłem ten telefon- pomyślałem – dźwięki dobiegały spod łóżka – w końcu go znalazłem - Halo… - Komisarz Borkowski, znaleziono pański samochód - usłyszałem w słuchawce służbowy ton o bezdusznym metalicznym zabarwieniu, przeszedł mnie dreszcz. - Właśnie słucham wiadomości, ale nic o tym nie wspomnieli. - Dziennikarze, że tak powiem, nie wszystko muszą wiedzieć panie Porębski, ja panu mówię, że auto się znalazło. - Ach, i? Mogę je odebrać? Śmiech, on coś wie? Nie, to niemożliwe, czuję jak pot oblewa moje plecy, a koszulka lepi się do nich krępując ruchy. - Niestety, że tak powiem, nie mam dla pana dobrych informacji, auto jest kompletnie zniszczone, ktoś je po prostu podpalił. Czy może pan pofatygować się na policyjny parking

w celu identyfikacji? Nie ma też oczywiście oryginalnych tablic, chciałbym o tym z panem porozmawiać. - Skoro mówi pan że spalony wóz jest mój to po co identyfikacja? – mój sarkazm chyba nieco zdenerwował komisarza i po drugiej stronie dało się wyczuć pewne zniecierpliwienie,

w końcu też miał spieprzoną sylwestrową noc.

- Panie Porębski... nie będę , że tak powiem, specjalnie się z panem pieścił tylko

z powodu tego, że jest pan, jak to pan określił artystą. Bo widzi pan, artystą to był Chopin, Bethowen, Bach, Vivaldi, a pan jesteś zwykły grajek, tak jak ja jestem zwykły, że tak powiem, pies. Więc jeżeli nie ma pan zamiaru pofatygować się tutaj do nas, to ja załatwię to inaczej, rozumiemy się? Bo są na to szanowny panie odpowiednie, że tak powiem, odpowiednie procedury. - Tak oczywiście, proszę się nie gniewać, zamawiam taksówkę i już jadę. Nie chciałem wkurzać gościa, ale chyba było już za późno. - Spokojnie, nie ma potrzeby, stołeczna komenda wyśle po pana radiowóz, na koszt firmy, że tak powiem, proszę podać adres pod jakim szanowny pan się zatrzymał? - Wieniawskiego 645 motel przy stacji Shella. - I elegancko. Proszę tam czekać moi ludzie po pana przyjadą. Do zobaczenia. Wyłączył się bez kolejnego „że tak powiem”, pozostawiając mnie sam na sam z czarnymi myślami. Czy coś już wiedzą? czy zawsze w takich wypadkach wysyłają radiowóz? coś jest chyba nie tak... Postanowiłem spokojnie poczekać i zobaczyć co przyniosą następne godziny.

Na ekranie telewizora pojawiały się ciągle zdjęcia żony i syna ministra.

- To kurwa jakaś farsa, to chyba mi się śni - wyrwałem wtyczkę z gniazdka gadając do siebie. Nie wiem ile czasu trwał ten stan, w każdym razie w końcu usłyszałem pukanie do drzwi...

- A więc twierdzi pan, że tak powiem, że samochód skradziono panu z hotelowego parkingu? Od prawie godziny wałkowano ze mną ten sam temat. - Powiedziałem wszystko wczoraj w nocy podczas zgłaszania kradzieży, to samo powiem dzisiaj. Zostawiłem samochód na podjeździe za hotelem, chciałem się wymeldować, zabrać swoje rzeczy i wracać do domu. Co jeszcze mam powiedzieć, gdy wróciłem samochodu nie było, od razu zadzwoniłem do was. - Dobrze, to już wiemy, ale pytam bo może coś pan, że tak powiem, przeoczył lub

o czymś zapomniał. Ten gliniarz i jego irytujący wszystkowiedzący ton działał mi na nerwy, pomyślałem, że to celowa gra by wyprowadzić mnie z równowagi. - Nie, wszystko co miałem do powiedzenia zostało powiedziane i zapisane w protokole, który podpisałem. - A dlaczego nie korzystał pan z transportu waszym busem. O ile wiem wasz zespół porusza się własnym transportem. - Zgadza się, jednym busem podróżujemy my, drugi jeździ z ekipą techniczną, trzeci wozi sprzęt, ale miałem do załatwienia w Warszawie pewien interes i musiałem to zrobić przed końcem roku. Nie było sensu ciągnąć zespołu do Warszawy dzień wcześniej, wie pan każdy ma swoje plany. Poza tym po koncercie chciałem od razu wracać do domu. - Hm. Taki z pana domator? Czy można, że tak powiem, sprawdzić pańskie spotkanie

z kontrahentem? - Oczywiście, że tak - podałem jednemu z policjantów wizytówkę z numerem telefonu

- Czy pan podejrzewa mnie o kradzież własnego samochodu? - No wie pan, takie rzeczy się zdarzają, ludzie wymuszają odszkodowania, ale tutaj sprawa, że tak powiem, jest dużo bardziej poważna, zabito człowieka i to, jak wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, pańskim autem. Smród panie artysto, smród. - Mam tego dość, czy mogę już wyjść, jestem zmęczony i muszę zorganizować sobie podróż do domu. - Naturalnie, nie mamy podstaw aby pana tutaj, że tak powiem, przetrzymywać dłużej niż to absolutnie konieczne do wyjaśnienia tej zagadkowej sprawy, ale jeszcze jedno pytanie, pozwoli pan? Poczęstował mnie jakimś podłym papierosem, rozparł się w fotelu i przyglądał jakby chciał wwiercić się w moją głowę by odczytać myśli. Przez grzeczność nie odmówiłem. To był błąd. Krztusiłem się teraz nie mogąc złapać oddechu. Co za syf. W końcu opanowałem tsunami w moich płucach. - Bo widzi pan, nurtuje mnie jedna myśl… - Tak? - Gdzie są tablice z auta… pana tablice. Jak to było? S SOUND 75? - Tak, numery były specjalne, ale nie pomogę panu, nie mam pojęcia, skąd miałbym wiedzieć. - Nie, nie, tak sobie głośno myślę, bo zwykle, gdy ktoś kradnie auto, z zamiarem, że tak powiem, grubszej afery, wrzuca tablice do bagażnika, nie zajmuje jego głowy dylemat by pozbyć się ich w jakiś, że tak powiem, wyrafinowany sposób, zwłaszcza gdy jest plan by auto spalić… - Nie wiem, nie znam się na tym, ale do czego pan zmierza komisarzu? - Wolelibyśmy, aby jednak, że tak powiem jeszcze przez powiedzmy dwa, góra trzy dni pozostał pan naszym gościem w Warszawie, do czasu zakończenia czynności przy pańskim samochodzie, i że tak powiem, rozwiania naszych wątpliwości. - Pan mnie o coś podejrzewa? Przecież to niedorzeczne, miałbym ukraść własny samochód? - Proszę się nie niepokoić panie Mateuszu, to są rutynowe czynności. - Czy ja jestem formalnie o coś podejrzany? Może powinienem przychodzić tutaj

z prawnikiem? - Tego oczywiście, że tak powiem, nie mogę panu zabronić, ale póki co, jest pan przesłuchiwany w charakterze świadka i pokrzywdzonego, w końcu to pana auto spłonęło, pewnie będzie pan potrzebował przedstawić protokół, wie pan, ubezpieczenie, te sprawy.

Na podstawie policyjnych raportów będzie panu, że tak powiem, o wiele łatwiej uzyskać wypłatę odszkodowania. Zatem póki co, gramy w tej samej drużynie. - No tak, nie da się ukryć. - No to pięknie, mamy jasność, w takim razie ponawiam, że tak powiem, moja prośbę aby zabawił pan jeszcze jakiś czas w stolicy. - Ok. Jak pan sobie życzy. Miałem dość, chciałem jak najszybciej wrócić do motelu. - A wracając do pana myśli, to czy ma pan jednak jakiegoś prawnika? - Prawnika, czyli jednak będę go potrzebował? - No wie pan, że tak powiem, dobrego mecenasa który reprezentuje pana interesy zawsze warto mieć pod ręką, a jeśli nie ma pan takiego radziłbym o kimś pomyśleć, ta sprawa śmierdzi na kilometr, więc to taka moja przyjacielska rada. Lubię waszą muzykę mimo wszystko. - Skoro tak pan uważa. - To pozwoli zaoszczędzić panu sporo nerwów. Jesteśmy, że tak powiem w kontakcie.

Nie wiem co znaczył jego lekki uśmieszek i puszczone do mnie oko, miałem wrażenie, że ten gliniarz nieźle się bawi, a ja za to miałem już serdecznie dość tego miejsca, zbierało mi się na wymioty, szybkim krokiem opuściłem komendę i zapaliłem papierosa, wypuściłem dym w mroźne powietrze, zmrużyłem oczy od nadmiaru słońca i próbowałem uporządkować w mojej głowie kakofonię myśli. Po co było to przedstawienie?

Wróciłem do motelu. To przesłuchanie o mały włos nie wyprowadziło mnie z równowagi. Najgorsze było to, że przez skórę czułem, że komisarz „że tak powiem” mi nie wierzy. Jeszcze kilkanaście razy próbowałem dodzwonić się do Martyny, jednak bez skutku. Siadłem zrezygnowany z butelką Danielsa w ręku i obejrzałem kolejne wiadomości.

Mijały godziny, w telewizji ciągle wałkowali temat. Policja dreptała w kółko, kadry z miejskiego i hotelowego monitoringu były tak słabej jakości, że kierowca był w zasadzie nie do zidentyfikowania, okulary, kominiarka i szeroki szal, takim portretem dysponowali śledczy, to zdecydowanie zbyt mało. Oczywiście od znawców tematu i telewizyjnych etatowych wszystkowiedzących komentatorów oberwało się funkcjonariuszom BOR–u którzy zostawili ministra podobno na jego wyraźne polecenie łamiąc wszelkie procedury bezpieczeństwa. Cóż, każdy chce mieć sylwestra, a skoro minister uznał, że nie są mu potrzebni tej nocy postanowili skrzętnie skorzystać z okazji i spędzić ten czas nieco bardziej rozrywkowo. Ciekawe co im grozi? Uspokoiłem się nieco po wysłuchaniu nowinek z śledzctwa, zaciągnąłem prostu z butelki nie pamiętam który to już potężny łyk Bourbona, poczułem jak przyjemne ciepło rozlewa się po moim wnętrzu, odpaliłem kolejnego papierosa i w spokoju czekałam. 22:20 , 23:00 , 23:30 Zadzwonił telefon.

- Coś ty kurwa narobił debilu? Gdzie jesteś? W słuchawce usłyszałem wrzask Krystyny i cichy płacz dziewczynek. - Co się dzieje, o co chodzi? - O co chodzi Skurwysynu? Policja przeszukuje nam mieszkanie, garaż, ogród, wszystko, w coś ty nas wpakował. - W nic, ale że co ? Na jakiej podstawie? - Mają nakaz sądowy, podobno jakiś prokurator z Warszawy tutaj jedzie. - Wiesz że ukradli mi samochód? - Wiem, sąsiadka słuchała wiadomości i zadzwoniła. - To chyba wiesz też, że… - Wiem, potrącili nim jakiegoś ważniaka. - Krystyna, ten ważniak nie żyje, to była jakiś minister, więc muszą wdrożyć wszystkie procedury. - Kurwa, ale u nas w domu? - Nie wiem po co to robią, zadzwonię zaraz na policję, do gościa który mnie przesłuchiwał i się dowiem, weź dzieci na górę i połóż do łóżek, niech tego nie oglądają. - Kurwa za późno dupku, za późno. - Przecież to nie moja wina…

Rozłączyła się równie niespodziewanie jak zadzwoniła, natychmiast trzęsącymi się rękoma wybrałem numer Borkowskiego

- Borkowski słucham. - Co to kurwa jest, co wy odpierdalacie, co to za nalot na mój dom i straszenie moich dzieci? Strzelałem bluzgami w telefon niczym z karabinu maszynowego - co to kurwa za reżimowe porządki, nachodzicie w środku nocy spokojnych ludzi. - Panie Porębski, proszę, bez egzaltacji, czego pan, że tak powiem, nie rozumie? - Jak kurwa czego, tego, że każecie mi tutaj kwitnąć, a w tym czasie nachodzicie mój dom i straszycie mi dzieci. - No tak, mogę wyrazić ubolewanie z powodu, że tak powiem, dyskomfortu pana bliskich, ale to nie potrwa długo, służby niebawem opuszczą pana dom, poza tym jest z nimi psycholog dziecięcy, wszystko zgodnie z procedurami. - Mam w dupie wasze procedury, wniosę skargę! A tak w ogóle to czego wy tam szukacie? - A, tego to już nie mogę panu zdradzić, w każdym razie na pewno zabezpieczą pana dyski, przeszukają garaż, może tablice się odnajdą? - Tablice? To chyba jakiś żart, przecież samochód był w Warszawie. - No samochód niby tak, ale tablice, że tak powiem, niekoniecznie. - Dość tego, dzwonię do prawnika, niech on zajmie się tym cyrkiem. - Zapewniam pana, że wszystkie czynności wykonujemy w świetle prawa, z tego co wiem chłopaki z wojewódzkiej i ABW już skończyli u pana w domu, wszystko wraca do normy,

a pan oczywiście może wnieść zażalenie. Dobrej nocy.

Wyłączył się jak gdyby nigdy nic, pętla zaciskała się wokół mojej szyi, wiedziałem dobrze,

że w domu nic nie znajdą, dyski poza muzyką do nadchodzącej sesji nie zawierały nic, historia internetowej wyszukiwarki również, ale ciągle czułem wewnętrzny niepokój związany z przesłuchaniem i dziwną miną Borkowskiego...

8 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
bottom of page