top of page
  • Artur

CHORWACKIE WAKACJE I SAFARI BAR


Jako cel naszego urlopowego szaleństwa oraz bazę noclegową wybraliśmy ośrodek campingowy w Premanturze na samym południu półwyspu Istria dosłownie rzut beretem od słynnego parku Kamenjak obejmującego cały cypel oblany Adriatykiem. Plaż tutaj co niemiara, ale teren dość trudny i kurzu mnóstwo. Można wybrać się do nich samochodem, quadem lub na rowerze, choć szczerze mówiąc z podziwem przyglądałem się podróżującym w ten sposób, bo powietrze wdychane w czasie jazdy z pewnością groziło pylicą. Tak czy inaczej wybraliśmy to miejsce ze względu na dość szybki dojazd ze Śląska - nieco ponad 950 km pokonuje się autostradami w sensownym czasie i całkiem komfortowo.

Ale przecież nie o autostradach będę pisał. W sumie Chorwacja nie była planowanym celem naszych wakacji, niestety covid i problemy z lotami skutecznie po raz kolejny odsunęły naszą wymarzoną podróż do Gruzji.

Padło zatem na Chorwację, raz z racji dojazdu, dwa z racji klimatu i trzy z racji tak wychwalanej przez wielu kuchni. Pomyślałem sobie, że w końcu do woli najem się wspaniałych ryb, kalmarów, pysznych warzyw i owoców oraz spróbuję osławionego odojaka czy jenjetiny czyli odpowiednio pieczonego prosiaka lub jagnięcia.

Zamiast autostrady, od Poreća wybraliśmy zwykłą szosę ciągnącą się wzdłuż zachodniego wybrzeża półwyspu by napawać się widokami i smakiem pieczonych co kawałek przy drodze specjałów. Jak mawiają tubylcy „ema tice od prasice” co znaczy ni mniej ni więcej – nie ma ptaka nad prosiaka,

i faktycznie w dużych grillowych kombajnach wyposażonych w rożen, albo w chlebowych piecach na brytfannach pieką się prosięta i jagnięta zachęcając do zjechania z drogi i posmakowania owych specjałów.

Moja kulinarna ciekawość i chęć porównania z tym co wiele razy zdarzało mi się przyrządzać w różnej konfiguracji skierowały samochód na jeden z parkingów pomiędzy Rovinjem a Faźaną gdzie ów przybytek gastronomicznej ekstazy był rozpalony. I co? W sumie wszystko niby okej, mięso smaczne, ale jednak lekko przesuszone, myślę że powinienem wtedy pojechać nieco w głąb którejś z wiosek i poszukać jakiegoś zajazdu w którym trafię na wprawniejszego kucharza;) No nic, może będzie jeszcze okazja...

Na domiar złego dajemy sia namówić na zakup owoców ze straganu obok i kiedy w samochodzie przeliczamy ich cenę troszkę zakręciło nam się w głowie. O cenach pisał nie będę, bo to temat abstrakcyjny i to co dla jednego jest drogie, dla drugiego za drogie nie uchodzi, ale naprawdę myślałem, że w kraju o takim klimacie przynajmniej owoce będą dużo tańsze. W Polsce za tę kwotę kupilibyście kilka kilogramów plus całego arbuza. Jedno natomiast jest pewne - owoce smakowały wybornie w przeciwieństwie do tych, które zakupiliśmy dnia następnego w jednym z supermarketów, a za które zapłaciliśmy niewiele mniej. Jasna sprawa, miejscowości turystyczne rządzą się swoimi prawami,

a i covid odpowiednio politykę cenową ustawił. Myślę sobie jednak, że nie da się odrobić dwóch lat w jeden sezon. Niestety taka sytuacja dotyczy tej branży także w Polsce i innych krajach, więc nie ma co ględzić - znam temat od podszewki i pisałem o tym w innych miejscach, dlatego wakacyjne wspomnienia niech pozostaną wolne od tych rozważań.

Jedyne co mogę doradzić każdemu podróżnikowi to unikanie lokali w centralnych punktach miejscowości, na nadmorskich deptakach i tych uważających się za ekskluzywne. Ameryki nie odkrywam, ale sam pchałem się w paszczę lwa, trochę z przekory, a trochę z zawodowej ciekawości, bo przecież wszędzie można znaleźć coś inspirującego i odkryć jakiś fenomenalny smak. Niestety, w ani jednym

z takich lokali nie zjadłem przyzwoicie i nie piszę tu broń Panie Boże o wielkościach porcji, bo te nie pozostawiają raczej wiele do życzenia, a dla mnie mają znaczenie drugorzędne ale o jakości serwowanych dań zarówno w kontekście aranżacji talerza i co chyba oczywiste smaku. Jak na dłoni widać, że braki personelu również tutaj są mocno odczuwalne.

Jedzenie w tych eleganckich przybytkach było mniej eleganckie i zupełnie mało eleganckie jeśli chodzi o smak, nie można najeść się przecież pustymi muszlami... bo i takie danie spotkało nas w jednej

z restauracji w Rovinju. Zwykle nie mam w zwyczaju szarpać się z obsługą i robić ceregieli, jeśli coś mi nie pasuje nie wracam do lokalu, ale ponad połowa pustych muszli w porcji to była przesada. Niestety mimo naszych uwag i próśb o wymianę porcji obsługa pozostała obojętna i pozostawiła sytuację bez rozwiązania. Postanowiliśmy dać sobie wtedy spokój z jedzeniem w restauracjach i przenieść się do nieco mniej wybornych lokali.

Jak się później okazało to była dobra decyzja, a mistrzostwem świata był Bar Safari na wspomnianym na początku Kamenjaku, gdzie w cieniu żywych roślin i zbudowanej z bambusa afrykańskiej wioski zjadłem najlepsze sardynki i kalmary w życiu. Nigdy bym nie przypuszczał, że spotka mnie to w tak mało wyrafinowanym, acz cudownie zaaranżowanym miejscu. Odwiedziliśmy Premanturę, Medulin, Banjole, Rovinj, Poreć i wiele innych mniejszych i większych miejscowości, jedliśmy w miasteczkach i w plażowych barach by w końcu trafić w to miejsce, które niewątpliwie zapamiętam na długo i to nie tylko dlatego, że spożywałem posiłek w chatce pigmejów. To była prawdziwa uczta spożywana w samych kąpielówkach i palcami ;)


W ostatni wieczór postanowiliśmy wrócić jeszcze raz do Faźeny. I znów zrządzenie kulinarnego losu, otóż spacerując deptakiem podszedł do nas uprzejmy młody człowiek z pytaniem, czy chcielibyśmy obejrzeć zachód słońca z tarasu restauracji, hmm, wkręca nas ? wolny stolik na tarasie? Dajemy się skusić i odkrywamy zupełnie fantastyczne miejsce. Sałatka z pomidorów jaką zamówiłem do kalmarów znika zanim obsługa w ogóle zdążyła zebrać puste kieliszki po winie i przynieść przystawki, nie bawimy się w kieliszki, bierzemy butelką genialnego Deklića, jeszcze jedną sałatkę z pomidorów i czekamy na nasze dania. Przybytek nazywa się Korta, delektujemy się serami i wędlinami, wspaniałymi oliwkami, małżami św. Jakuba czy sardynkami, w końcu na stół lądują kalmary i dorada. Niebo w gębie przy zachodzącym słońcu. Czegóż chcieć więcej. Ten ostatni wieczór zdecydowanie zaciera niespecjalnie dobre wrażenie o chorwackich restauracjach, choć następnym razem będziemy już o wiele mądrzejsi w ich doborze ;)

W drodze powrotnej postanawiamy odwiedzić winnicę Deklića i zabrać ze sobą kilka butelek tego wybornego trunku, ale to już temat na inną opowieść.


I jeszcze jedno, co mocno mnie irytowało, otóż w wielu lokalach gastronomicznych, ale też wielu innych miejscach nie da się zapłacić kartą. Gotówka jest tutaj na wagę złota, więc warto o tym pamiętać obierając ten kierunek. Lody, kawa, desery, lunchowe przekąski, napoje czy jedzenie w plażowych barach, w końcu pamiątki lub zakupy spożywcze w postaci oliwy, trufli lub wina w małych sklepikach albo na straganach - wszystko płatne gotówką. Dla delikwenta noszącego od jakiegoś czasu tylko smartfon to było przeżycie traumatyczne i niewytłumaczalne, ale jak to mamy XXI wiek. A tak to, i nie ma co marudzić.


Tak czy inaczej wakacje bardzo udane, wypoczynek wspaniały, woda ciepła, nurkowanie z rybkami genialne, mnóstwo plaż i pewna pogoda oraz wiele ciekawych miejsc na wieczorne zwiedzanie. Być może będzie kiedyś okazja zwiedzić inne rejony tego niewątpliwie ciekawego kraju.

13 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
bottom of page